Aniela i Czesław Lubińscy z Leśna wspólnie przeżyli już 70 lat. To najstarsza małżeńska para w gminie Brusy. – Gdy przedstawili mi Czesia, to pomyślałam, że ładny chłopiec, ale powiedziałam, że smarkacz – wspomina jubilatka. Jak układało się wspólne życie i jaka jest recepta na to, by być razem przez tyle lat?
Aniela i Czesław Lubińscy z Leśna wspólnie przeżyli już 70 lat. To najstarsza małżeńska para w gminie Brusy. – Gdy przedstawili mi Czesia, to pomyślałam, że ładny chłopiec, ale powiedziałam, że smarkacz – wspomina jubilatka. Jak układało się wspólne życie i jaka jest recepta na to, by być razem przez tyle lat?
Aniela i Czesław Lubińscy to małżeństwo z najdłuższym stażem w gminie Brusy. W kwietniu minęło 70 lat od zawarcia związku małżeńskiego. Takie gody nazywane są kamiennymi. Czy życie jubilatów było trudne, czy też usłane różami? Poznali się w pracy w Leśnie, gdy mieli po 18 lat. Oboje pracowali u jednych gospodarzy. Pani Aniela pomagała w domu, a pan Czesław w obejściu. Wcześniej w ogóle się nie znali, mimo że są rówieśnikami.
Pani Aniela urodziła się 18 stycznia 1929 roku w Wysokiej Zaborskiej. Jeszcze gdy była małą dziewczynką, wraz z rodzicami przeprowadziła się do Leśna. Natomiast pan Czesław urodził się 17 lipca 1929 roku w Brusach. Oboje chodzili do szkół w rodzinnych miejscowościach. Los ich zetknął ze sobą dopiero w pracy. Pan Czesław bardzo wcześnie musiał sam zarabiać na chleb, ponieważ rodzice umarli. – Zostało nas czterech chłopaków – wspomina. I tak praca połączyła dwoje mieszkańców gminy Brusy. – Pani Elzanowska, u której pracowałam, pewnego dnia przyjechała z Czesławem i powiedziała: Przywiozłam ci kawalera. Był ładnym chłopakiem, ale odpowiedziałam: Takiego smarkacza? – wspomina z uśmiechem jubilatka.
Po jakimś czasie pani Aniela przeniosła się do Człuchowa, gdzie w szpitalu pracowała jako salowa. Od czasu do czasu młodzi się spotykali i w końcu postanowili się pobrać.
Po przysiędze do wojska
Ślub cywilny młodzi zawarli 18 kwietnia, a 22 kwietnia – kościelny w Leśnie. – Cztery dni po ślubie mąż poszedł do wojska – dodaje pani Aniela. Jubilatka więc dalej mieszkała ze swoimi rodzicami i pracowała na gospodarstwie. Służba męża trwała 20 miesięcy. Małżonkowie zbyt często się nie widywali, ponieważ pan Czesław był w wojsku budowlanym. – Jeździłem po całej Polsce, budowaliśmy bloki – dodaje. O ile był w Czarnem czy Grudziądzu, to małżonka go odwiedzała, ale jeśli gdzieś dalej, to nie było takiej możliwości.
Po odbyciu służby wojskowej pan Czesław wrócił do żony i razem prowadzili gospodarstwo przekazane przez rodziców pani Anieli. Zaczynali od siedmiu hektarów ziemi i z czasem powiększyli je do 18 hektarów. – Rodzice też pobudowali dom i budynki gospodarcze, hodowali bydło, drób, mieli plantację marchwi – dodaje Alicja Warnke, córka jubilatów.
Po pięciu latach od zawarcia małżeństwa na świat zaczęły przychodzić dzieci państwa Lubińskich: Maria, Tadeusz i Alicja. – Wiadomo, że trzeba było pomagać w gospodarstwie. Rodzice cały tydzień ciężko pracowali, ale zawsze w sobotę trzeba było zagrabić całe podwórko, wszystko przygotować na niedzielę. Pamiętam, że koleżanki sobie spacerowały, a my musieliśmy zajmować się porządkami – wspomina pani Alicja.
Rodzinne czytanie
Natomiast niedziela to był dzień dla rodziny. – Zawsze wszyscy szliśmy na spacer, m.in. na pole, ojciec lubił popatrzeć, jak wszystko wygląda – dodaje pani Alicja. Dom państwa Lubińskich był domem otwartym. W niedziele często bywali u nich goście. – Pamiętam, jak mama zawsze przygotowała do późnej nocy jakieś przysmaki, piekła, gotowała – dodaje pani Alicja.
Uczestnicy obozów wędrownych też zatrzymywali się na posesji jubilatów. – Nocowali w stodole, a wspólnie z mamą gotowali posiłki – dodaje pani Alicja. Jubilatka swego czasu opiekowała się też 30 grobami na miejscowym cmentarzu. Państwo Lubińscy byli bardzo pracowici, w domu dzieciom niczego nie brakowało. – Zawsze sobie mówiłam, że jak będę miała dzieci, to nie pozwolę, żeby chodziły na służbę, tak jak ja wcześniej – wspomina pani Aniela. W domu nie było telewizji, ale to właśnie pani Aniela starała się zapewnić rozrywkę dzieciom. – Mama czytała na głos książki, m.in. „W pustyni i w puszczy” – mówi Maria Diwan, druga z córek. Zresztą pani Aniela do dziś czyta na głos, nie zakładając okularów.
Szacunek i zrozumienie
Gdy córki opuściły rodzinne gniazdo, jubilaci pomagali im urządzić się w nowym miejscu. – Gdy zostałam wdową z dziećmi, nigdy mi nie odmówili pomocy – dodaje pani Maria.
Dziś jubilaci czas spędzają głównie w domu. – Kiedyś tata lubił sobie pochodzić przy domu, stanąć w bramie i rozmawiać z sąsiadami. Dziś już nie ma siły – dodają córki. To one głównie pomagają rodzicom. – Kiedyś to oni nam pomogli, więc nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej – mówią.
Niedawno minęła 70 rocznica ślubu państwa Lubińskich. Najbliższa rodzina przybyła z kwiatami i życzeniami. Na sobotę była zamówiona msza święta w intencji jubilatów. Jaka jest recepta na tak długie życie we dwoje? – Nie wiem, nie umiem na to odpowiedzieć – szczerze wyznaje pani Aniela. Natomiast córka Alicja dodaje, że na pewno wzajemny szacunek i zrozumienie. – Rodzice nawet jak się pokłócili i jechali bryczką przez wioskę, to nie okazywali tego, że doszło do nieporozumienia – mówi Alicja Warnke.
Materiał archiwalny. Artykuł ukazał się w „Czasie Chojnic” 29 kwietnia 2021, nr 17/983.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!