– Każdy, kto biega, marzy o tym, żeby zaliczyć maraton – mówił Andrzej Górnowicz. Chojniczanin przebiegł ich w sumie 200. – W Wiedniu na całej trasie słychać było muzykę Straussa – wspominał. Ale były też takie biegi, podczas których po drodze mijało się ciała innych maratończyków. O tym wszystkim można było się dowiedzieć podczas promocji książki autorstwa biegacza.
– Każdy, kto biega, marzy o tym, żeby zaliczyć maraton – mówił Andrzej Górnowicz. Chojniczanin przebiegł ich w sumie 200. – W Wiedniu na całej trasie słychać było muzykę Straussa – wspominał. Ale były też takie biegi, podczas których po drodze mijało się ciała innych maratończyków. O tym wszystkim można było się dowiedzieć podczas promocji książki autorstwa biegacza.
Gdy Andrzej Górnowicz zbliżał się do 33 urodzin, postanowił za namową Franciszka Kąkola przygotować się do biegu maratońskiego w Warszawie. Był to wówczas w stolicy bieg jubileuszowy, bo 10. – Zacząłem treningi. O piątej rano biegałem m.in. do Sławęcina – wspominał.
Ładne, ale niewygodne
I w końcu wystartował. – Start jakoś mi wyszedł, ale technicznie byłem źle wyposażony – dodał. Chodziło przede wszystkim o obuwie. Buty zakupione w sklepie sportowym może ładnie wyglądały oraz były dopasowane do całego stroju, ale niestety zawiodły. – Paznokcie mnie bolały, miałem obtarcia. Wszystko mnie bolało i piekło – mówił. Po pierwszym razie miał dość maratonów, ale jak dodał, ciągnęło wilka do lasu. Górnowicz brał udział w różnych maratonach, w różnych miastach. – W Wiedniu odbywał się przy muzyce Straussa, w Berlinie przy ogłuszającym wręcz dopingu i grach na bębnach, ten w Zakopanem miał najładniejsze widoki na trasie – mówił. 150 maraton zaliczył na swojej działce w Brzeźnie. – Musiałem mieć tylko akceptację żony. 60 razy pokonywałem te same zakręty i górki – dodał. Ten 150 maraton też był w pewnym sensie graniczny. – Do tego momentu walczyłem z czasem, napędzając się i walcząc o najlepsze miejsce na mecie, potem jednak postanowiłem posłuchać swojego organizmu – informował.
Z różańcem
Potem już czas nie był tak istotny. – Ważne było, żeby pomóc komuś na trasie, pozdrowić, udzielić rady biegnącemu – dodaje. A było to ważne, bo jak mówił, gdy widać było u biegnącej osoby przed sobą tzw. biały kark, to znaczyło, że jest ona na granicy omdlenia. – Dużo ludzi widziałem na trasach, którzy leżeli przykryci workami – mówił. W 2020 roku postanowił przebiec ostatni maraton. Dokonał tego w Wituni. – Decyzja została podjęta, stwierdziłem, że nie będę męczył organizmu – mówił Andrzej Górnowicz. – Biegam dalej, ale już nie na takich dystansach.
Jak wspominał, każdy bieg mobilizował do dyscypliny i higienicznego trybu życia. – Każdy mój start odbywał się z różańcem w ręku, a jeśli go zapomniałem, to palce służyły mi za paciorki – mówił podczas promocji książki „200 maratonów Andrzeja Górnowicza”.
Dwaj przyjaciele
Promocję zorganizowano w ubiegłym tygodniu w ratuszu. Zanim goście usiedli w sali, grupa z Floriana (do której należy pan Andrzej) przebiegła z jego książką odcinek od stadionu Kolejarza do centrum miasta. Było wielu gości, ale dwaj byli szczególni. Pierwszy to Edward Myck, nauczyciel wuefu Górnowicza w Technikum Rachunkowości Rolnej, któremu biegacz zawdzięcza bardzo wiele. – To on mnie zmobilizował do uprawiania sportu. Usłyszałem kiedyś taki tekst „Ty Górnowicz przyspiesz, bo ci papierosy wypadają”, a ja przecież nigdy nie paliłem – mówił. Drugim gościem specjalnym był biegacz Ryszard Kałaczyński, od którego chojniczanin wiele się nauczył. Obaj podczas promocji zasiedli obok pana Andrzeja.
Materiał archiwalny. Artykuł ukazał się w „Czasie Chojnic” 7 kwietnia 2022, nr 14/1032.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!