W sobotę w czarnoszyckiej świetlicy miały miejsce warsztaty serowarskie połączone z pokazem zdjęć z podróży Argymira Iwickiego, redaktora naczelnego Czasu Chojnic.
Na stole w świetlicy wylądowała kana mleka. Robienie serów to pasja naczelnego Czasu Chojnic odkąd pojechał do Prowansji i zobaczył tam, jakie cuda można przyrządzić z surowego mleka. Potem był kurs serowarski w Lidzbarku Warmińskim i seria własnych prób i błędów.
I właśnie dostęp do mleka jest największym problemem dla amatorów, którzy chcieliby spróbować swoich sił w serowarstwie. Kiedyś w każdym gospodarstwie na wsi była chociaż jedna krowa. Teraz, jak w Czarnoszycach, krowy zostały w jednym tylko gospodarstwie. I stamtąd ekipa serowarów miała mleko. Prosto z udoju. Cieplutkie. Około 32 stopnie. To idealna temperatura, by dodać podpuszczkę – naturalny enzym pozyskiwany z żołądków cielęcych.
Dodaliśmy więc podpuszczkę i musieliśmy czekać, aż pracowity enzym zacznie ciąć długie łańcuchy białkowe na krótsze – lepiej przyswajalne przez ludzki organizm.
W mleku, oprócz białka, znajduje się jeszcze cukier – laktoza. Tę rozkładają specjalne bakterie, ale to już domena serów dłużej dojrzewających. Te nie były naszym celem. Naszym był prosty ser gotowy do spożycia tego samego dnia. Specjaliści by się pewnie oburzyli. Ser nie może być jednodniowy. Po jednym dniu będzie tylko skrzep białkowy z odciśniętą serwatką. No i pewnie mają rację. Ale my też mamy rację i nazywamy taki chrupiący skrzep świeżym serem.
Tymczasem w naszej wannie białko nie chciało się ścinać. Może daliśmy za mało podpuszczki? A może trzeba było dodać chlorek wapnia? Substancja ta dodawana jest do mleka, które pochodzi od krów wypasanych na kwaśnych łąkach. Skrzep się w końcu zrobił, ale zamiast dwóch godzin, stało się to po sześciu. Odciągnęliśmy pierwsze litry świeżej, słodkiej serwatki. Napój o słodkawym zapachu zniknął w naszych brzuchach – i co najważniejsze, nie spowodował żadnych sensacji, a to czasami przy serwatce się zdarza.
Potem dogrzaliśmy nasz skrzep wrzątkiem i zaczęliśmy go przekładać do foremek. Serwatka sikała na boki i w kubku osadzał się już nasz przyszły ser. Jedno solenie, obrót, drugie solenie. Znowu czekamy na ucieczkę serwatki przez małe otwory w foremkach.
No i w końcu pierwsza degustacja.
Niebo w gębie. Słodki ser w naszych ustach.
Sołtys Czarnoszyc Sylwia Sukowska na drugi dzień przypilnowała jeszcze ociekania sera. Miało być jeszcze wędzenie. Ale obok takiego sera nie da się przejść bez degustacji. Każdy musiał spróbować po kawałku, jednym, drugim, trzecim… aż w końcu nie było czego wędzić.
Warsztaty serowe uznajemy za smacznie udane!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze