Reklama

Zawsze można było zrobić coś lepiej. Wywiad z Danielem Fabichem

13/05/2020 17:29

Daniel Fabich zawiesił już buty piłkarskie na kołku. Ma jednak sporo do opowiedzenia. Jak zaczynał? Kiedy ruszył w Polskę? Jak wspomina przyjaźń z Tomaszem Jodłowcem? Dlaczego mówili na niego „Kiełbik”? Jak wspomina trenera Grzegorza Kapicę i czas spędzony w Chojnicach? O tych i wielu innych sprawach 35-latek opowiedział w wywiadzie udzielonym „Czasowi Chojnic” w jednym z kwietniowych numerów.

„Czas Chojnic”: Twoim pierwszym klubem był Kolejarz Chojnice. Ile lat miałeś, gdy zacząłeś grać i jak wspominasz tamten okres?

O ile mnie pamięć nie myli, to zacząłem grać w wieku ośmiu, może dziewięciu lat. Wspaniale wspominam tamten okres. Tata był naszym trenerem. Jednak nie tylko on był zaangażowany w pracę na rzecz zespołu. Byli to także Stanisław Kukliński, Grzegorz Picuła, świętej pamięci Henryk Brieger i najważniejszy człowiek - Tadeusz Skajewski. Dzięki panu Tadeuszowi mieliśmy zorganizowane obozy piłkarskie w Poroninie, a także sprzęt sportowy - i nawet posiłki. Chciałbym zaapelować z tego miejsca do sponsorów: nie bójcie się inwestować w młodzież. Być może jest w Chojnicach jakaś perełka, która za 10 czy 15 lat będzie robić furorę na boiskach piłkarskich.

Reklama

Wiosną 2003 roku, w wieku 19 lat, trafiłeś do UKS-u SMS. Jak doszło do tego przejścia? Dzięki komu tam trafiłeś? Jakich zawodników tam spotkałeś? Czy któryś z nich zrobił karierę?

Trafiłem tam dzięki powołaniu do reprezentacji Polski do 16 lat. W Łodzi mieliśmy zgrupowanie. Podczas gier kontrolnych wpadłem w oko działaczom UKS-u. Łodzianie porozmawiali z tatą. Decyzja o przeprowadzce zapadła szybko. Pakuję się i stawiam w Łodzi. Zawodników utalentowanych, których tam spotkałem, było mnóstwo – Paweł Zawistowski, Sebastian Madej, Piotr Klepczarek, Tomasz Jodłowiec, Dawid Nowak. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.

Reklama

Krótko potem przeszedłeś do Widzewa. Tam zagrałeś tylko trzy razy. W debiucie czerwona kartka. Potem jeszcze dwa spotkania i koniec przygody.

Mam stamtąd wspaniałe wspomnienia. Szkoda, że byłem tam tak krótko. Pozytywem jest to, że nie trafiłem tam przypadkiem. Mieliśmy tygodniowy obóz. Mnóstwo spotkań kontrolnych. Przekonałem do siebie Stefana Majewskiego – ówczesnego trenera łodzian. Krótko potem podpisałem kontrakt. To, dlaczego tak mało grałem, to już inna historia. Było kilka powodów. Po pierwsze, podczas jednego z treningów wykonałem niefortunny wślizg. Niestety kolega doznał złamania kości piszczelowej. Po tym zdarzeniu zostałem zesłany do rezerw, abym ochłonął. Cóż, zawsze posiadałem cechy osoby walecznej. Trenuję tak samo ostro i mocno, jak będę później grać podczas meczu. Po drugie, w kontrakcie miałem niestety punkt mówiący o tym, że po pół roku Widzew mnie wykupi za 100 tys. zł albo nasza współpraca dobiegnie końca. Uważam, że to była cena zaporowa za młodego zawodnika, który dopiero zaczynał przygodę z piłką na profesjonalnym poziomie. Odnośnie do czerwonej kartki... Już parę wiosen minęło od tamtego czasu. Niestety panowała wtedy korupcja. Łatwo sprawdzić. Sędzia wziął za ten mecz łapówkę w wysokości 5 tys. zł. Pierwsza żółta kartka była słuszna. Druga już z kapelusza. Najważniejsze, że po tym meczu ani trener, ani zawodnicy nie mieli do mnie pretensji. Sami widzieli na własne oczy ten kabaret.

Reklama

W Łodzi spotkałeś znanych piłkarzy - Radka Michalskiego, Tomasza Jodłowca czy Andrzeja Rybskiego - późniejszego piłkarza Chojniczanki.

Z Tomkiem Jodłowcem spędziłem mnóstwo czasu. Począwszy od boiska, skończywszy na wspólnym wynajmowaniu mieszkania w Łodzi. Człowiek z gór. Silny, atletyczny, a zarazem miły i trochę roztrzepany. Andrzej Rybski? Wspólne treningi w Widzewie. Występy w drugim zespole. Ciekawy chłopak. Techniczny i myślący na boisku. Radosław Michalski - ikona tego sportu, a zarazem przesympatyczny człowiek. Piłkarz przez duże „p”. Dał mi przezwisko „Kiełbik”. Dlaczego? Według niego przypominałem z wyglądu zawodnika Polonii Warszawa i Legii Warszawa Tomasza Kiełbowicza. Podsumowując w żargonie piłkarskim - „zero sodówki”.

Reklama

Stal Głowno, Mień Lipno, Zdrój Ciechocinek, znowu SMS Łódź i Concordia. Długo nie mogłeś znaleźć swojego miejsca.

To prawda. Zwiedziłem dużo miast, ale dzięki temu miałem możliwość poznać wielu wspaniałych ludzi. Miło wspominam m.in. trenera Sławomira Majaka – znanego piłkarza w latach 90., uczestnika Ligi Mistrzów z Widzewem Łódź.

Przed sezonem 2009/2010 wróciłeś do Chojnic. Wszedłeś do zespołu budowanego na awans. W III lidze zdobyłeś 11 goli. Czy to Twój najlepszy okres w karierze?

To był dobry ruch. Wróciłem do rodzinnego miasta. Zyskałem sporo pod względem sportowym. Myślę, że kibice, którzy przychodzili na mecze, pamiętają parę moich akcji lewą flanką.

Reklama

Rok później, po awansie, byłeś w Chojniczance do zimy. Zdradź kulisy Twojego odejścia. Chyba trochę za szybko pożegnałeś się z klubem...

Tutaj trzeba wrócić do III ligi i awansu. Mam żal do zarządu Chojniczanki, że nie dali szansy zespołowi, który wszedł do II ligi. Chociaż pół rundy. Wymieniono bodajże 15 zawodników. Jak już wcześniej tłumaczyłem, byłem w wielu klubach, ale takiego podziękowania za awans nie widziałem. Po prostu nie dano nam szansy. Moje odejście z Chojniczanki? Na pewno mogłem prowadzić się bardziej profesjonalnie. Natomiast główny czynnik mojego odejścia to trener Grzegorz Kapica. Po prostu nie nadawaliśmy na tych samych falach. Facet z przerośniętym ego. Nie sztuką jest ściągnąć 15 zawodników i bawić się w trenerkę! Sztuką jest ściągnąć, powiedzmy, pięciu do drużyny budowanej latami i zrobić wynik. Tyle w temacie. Zbyt bolesnym.

Reklama

Po Chojnicach kilka lat spędziłeś w Koralu Dębnica. Potem był wyjazd do Niemiec i gra w FV Rammersweier i SV Ortenberg. Oficjalnie karierę zakończyłeś jesienią 2018 roku czy nadal gdzieś kopiesz? Czego najbardziej żałujesz? Czego nie udało Ci się zrobić? Marzeniem był z pewnością debiut w Ekstraklasie.

Miałem szansę, aby wskoczyć jeszcze raz na karuzelę i kręcić się po I czy II lidze. Byłem na testach w Piaście Gliwice. Łącznie pojawiło się tam aż 44 graczy. Sprawdziany medyczne, sparingi, treningi. Przez sito przedostało się czterech graczy, usłyszałem:  „chcemy cię w zespole”. Niestety nie tylko aspekty sportowe decydowały. Był też w tym mój menadżer, który zażądał zbyt wysokiej ceny za mnie i skończyło się na marzeniach.

Reklama

Co słychać u Ciebie prywatnie? Gdzie pracujesz?

Aktualnie pracuję w Niemczech. Siedzę w biurze. Robota mniej związana ze sportem. Trochę mi już brakuje ruchu. Pograłbym gdzieś, potrenował.

Czy śledzisz wyniki Chojniczanki?  Drużyna gra siódmy rok w I lidze i jest bliska spadku.

Oczywiście. Interesuję się chojnickim sprawami. Śledzę każdy mecz Chojniczanki. Wierzę, że utrzyma się w I lidze. Tu mam apel do kibiców: nie odwracajcie się od piłkarzy. Oni potrzebują dopingu i wsparcia. Trzeba być z drużyną na dobre i na złe. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić wszystkich sympatyków klubu z ulicy Mickiewicza. W III lidze na mecze przychodziło nawet 2000 ludzi. Gdy wychodziliśmy na boisko, od razu była motywacja do walki. Fani napędzają zawodników. Pomagają im wznieść się na wyżyny umiejętności.

Reklama

Czy utrzymujesz kontakt z zawodnikami, z którymi grałeś w Chojnicach?

Mam kontakt, ale tylko wirtualny przez portale społecznościowe. Nie mieszkam w Polsce, więc spotkania twarzą w twarz są niemożliwe.

Twój tata Janusz obchodzi w tym roku 36-lecie pracy trenerskiej. Pewnie jesteś dumny z jego dokonań.

Tata, a zarazem pierwszy trener. Nie wiem, czy to ja akurat powinienem wystawiać mu laurkę. Mogę być nieobiektywny. Wiem, że jest w 100 procentach zaangażowany w pracę szkoleniową. Takich ludzi z pasją nam potrzeba w piłce. Nieważne, na jakim poziomie. Wychował wielu znakomitych piłkarzy. Sam też nieźle grał.

Reklama

Planujesz później zająć się trenowaniem młodzieży albo może inną praca w piłce? Dyrektor? Skaut?

Mam papiery trenerskie. Jednak teraz zrobiłem sobie przerwę od sportu. W 2019 roku skończyłem przygodę z piłką ze względu na uporczywe kontuzje. Musiałem wybrać między futbolem a zdrowiem. W Niemczech pokazałem, że nie zapomniałem, jak się gra. W SV Rammersweier zdobyłem 15 goli i zaliczyłem ze 20 asyst jako lewy pomocnik. Byliśmy blisko awansu. Przegraliśmy dopiero baraże. Kończąc: czasami przychodzi czas refleksji nad życiem. Człowiek wie, że mógł coś zrobić lepiej. Często analizuje swoje błędy. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie aniołami. Na dodatek nie zawsze wszystko zależało ode mnie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo czaschojnic.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości