Poniedziałek, 1 czerwca, przyniósł mieszkańcom Chojnic okazję do spotkania z egzotyczną przyrodą i opowieściami z Antypodów. W czytelni Miejskiej Biblioteki Publicznej w Chojnicach odbyło się spotkanie zatytułowane „Co w buszu piszczy?”, którego bohaterką była Anka Smugała. Prelegentka podzieliła się swoimi doświadczeniami z ośmiomiesięcznego pobytu w Australii, gdzie łączyła pracę w buszu z intensywnym poznawaniem kontynentu.

Podróż na Antypody to marzenie wielu, jednak rzeczywistość potrafi zaskoczyć już na samym początku. Melbourne powitało podróżniczkę pogodą, która zmieniała się diametralnie w ciągu jednej doby, fundując cztery pory roku każdego dnia. Zamiast typowego, palącego słońca, Australia pokazała swoje bardziej kapryśne oblicze.
Prawdziwym zachwytem okazała się jednak dwutygodniowa trasa z Adelaidy do Darwin. Pokonywana pod koniec sezonu deszczowego trasa ukazała niezwykły widok – wielka pustynia, stanowiąca większość kontynentu, świeżo zakwitła i stała się całkowicie zielona. Zaskoczeniem była także bliskość natury i dzikich, rzadkich zwierząt, takich jak dziobaki, które można było obserwować w ich naturalnym środowisku tuż obok człowieka.
Codzienność w australijskim buszu nie należała do łatwych zadań. Praca polegała na tropieniu i usuwaniu gatunków inwazyjnych, w tym jeżyny przywiezionej z Europy przez kolonizatorów. Działania prowadzono wzdłuż rzek, często przy użyciu wykaszarek oraz oprysków chemicznych, a mniejsze rośliny wyrywano ręcznie. Praca w gęstym borze wiązała się z realnym niebezpieczeństwem i całkowitym odcięciem od świata. Ekipa musiała korzystać z GPS-u i co dwie i pół godziny wysyłać meldunki o bezpieczeństwie. Brak sygnału w wyznaczonym czasie skutkowałby natychmiastowym wysłaniem helikoptera ratunkowego.
Mogliśmy się odwodnić, mógł nas ukąsić wąż, ktoś mógł złamać nogę, bo to nie były takie ścieżki. My musieliśmy się trochę przedzierać przez ten bór, żeby przejść dany odcinek wspomina Anka Smugała.
Reklama
W buszu codziennością były spotkania z jadowitymi wężami tygrysimi oraz mrówkami, których ugryzienia wywoływały silny ból. Najbardziej uciążliwe okazały się jednak lądowe pijawki. Podróżniczka zdejmowała ich z siebie setki. Choć ich ugryzienia były bezpieczne pod kątem pasożytów, to wiązały się z ogromnym dyskomfortem i uciążliwym swędzeniem.
Sami Australijczycy okazali się niezwykle uśmiechniętymi, grzecznymi i życzliwymi ludźmi, u których wciąż widać europejskie korzenie. Choć temat rdzennych mieszkańców, Aborygenów, pozostaje skomplikowany i problematyczny, to codzienne relacje z mieszkańcami opierały się na obustronnym luzie.
Ciekawym wyzwaniem okazał się język. Australijski angielski różni się od brytyjskiego czy amerykańskiego – lokalsi używają wielu własnych słów i mocno skracają wyrazy. Co ciekawe, to nie przyjezdni mieli problem ze zrozumieniem mieszkańców, ale rodowici Australijczycy musieli mocniej natężać słuch, by zrozumieć gości. Pobyt na Antypodach pozostawił niedosyt i plan powrotu za kilka lat, ponieważ na mapie kontynentu wciąż zostało wiele miejsc do odkrycia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze