Reklama

Cztery pokolenia Górnowiczów – strażacy i muzycy

Grają na różnych instrumentach i ratują ludzkie życie i dobytek. Zaczynał pradziadek. Kontynuował syn i wnuk. Teraz te pasje podziela prawnuczka Matylda i prawnuk Emil.

Stegna. Mała wieś na Żuławach. Dwa kilometry od Bałtyku. Końcówka lat czterdziestych XX wieku. Państwo polskie dopiero krzepnie po ranach wojny. Ludzie powoli zagospodarowują poniemieckie domy. Na wybudowaniu Stegny mieszka rodzina Górnowiczów. Niespełna osiemnastoletni Jan zapisuje się do nowo powstałej Ochotniczej Straży Pożarnej. Wkrótce będzie jeździć do pożarów i z prądownicą w dłoniach tłumić szalejące żywioły.

- Kierowca wozu bojowego naszej jednostki miał trzy siostry – wspomina Jan Górnowicz.

Reklama

Niedługo potem trójka strażaków będzie wołać na tego kierowcę „szwagier”. Wśród nich będzie pan Jan.

Nie podpisał angedeutscht

Siedzę u państwa Górnowiczów w kuchni w ich klawkowskim domu. Pani Małgorzata krząta się po kuchni. Wyciąga ciasteczka na stół. Podaje kawę. Oboje nie wyglądają na swoje lata. Ona ma 90 lat, on dwa lata więcej. Są niezwykle sprawni i bardzo rozmowni. Na oko – mają ze dwadzieścia lat mniej. Pobrali się w 1954 roku. Widzieliście parę, która jest ze sobą 69 lat?

Jan Górnowicz urodził się w Kręgu pod Czerskiem, ale z rodziną przeprowadzili się jeszcze przed wojną do Gdyni. Cała rodzina została też zesłana na roboty przymusowe, gdy ojciec, Franciszek, nie podpisał trzeciej niemieckiej grupy narodowościowej. Wylądowali w Głobicy na Żuławach. U bauera zajęli się wypasem i dojeniem krów.

Reklama

- Na ojca mówili „schweizmilker” – tłumaczy Jan Górnowicz.

Pod koniec wojny Niemcy chcieli ich wsadzić na barkę i wywieźć do Danii. Całe szczęście zostali, bo większość statków z uchodźcami tonęła po atakach czerwonoarmijnych torpedowców.

Gospodarstwo po niemieckim rolniku

Ruski wkroczyli na Żuławy dopiero 9 maja. Wcześniej nie mogli się przedrzeć przez zalane niziny. Od razu rozpoczęły się gwałty i kradzieże.

- Wpadli na nasze podwórko i tylko wołali „uhre, uhre” (po niemiecku – zegarki – red.) - wspomina Górnowicz.

Rodzina pana Jana dostała ochronę. W ich domu zamieszkał milicjant. W progu powiesił biało-czerwoną flagę. Na drzwiach namalował po polsku i rosyjsku informację, że w tym miejscu nie ma już Niemców.

Reklama

Wkrótce rodzina wyprowadziła się do Stegny. Dostali tam gospodarstwo po niemieckim rolniku. Aż 56 hektarów. Całe też szczęście, że Niemiec, zanim uciekł na zachód, zdążył pola obsiać zbożem i obsadzić ziemniakami. Byli jedynymi takimi szczęściarzami w całej wsi. Przejęli też dużo nowoczesnego niemieckiego sprzętu. Mieli żniwiarkę, snopowiązałkę, śrutownik, z pracy którego przychodziła korzystać cała wieś. Była też wialnia i młockarnia na prąd. Tylko tego ostatniego nie było, ale Franciszek Górnowicz i na to znalazł sposób. Podłączył maszynę pasami transmisyjnymi do parowej lokomotywy. Żniwa były uratowane.

Niemiec orze i śpiewa

W gospodarstwie żyło wcześniej za Niemca aż dwanaście koni. Były to lekkie zwierzęta, które nie zapadały się w wilgotnej, żuławskiej glebie i nie chorowały na grzybicę kopyta, jak to robiły ciężkie wierzchowce. Ale taka na przykład orka wymagała siły pociągowej aż czterech koni. Za to rolnik nie musiał szarpać się z pługiem.

Reklama

- To był częsty widok, że bauer siedział wygodnie na koniu i sobie śpiewał – wspomina Jan Górnowicz lata okupacyjnej pracy.

Po wojnie Rosjanie zabrali wszystkie konie, lecz wkrótce do Polski zaczęły trafiać zwierzęta w ramach UNRY, amerykańskiej pomocy humanitarnej. Krów także nie było, bo zjedli je towarzysze ze wschodu.

Co ratowało życie Górnowiczom?

Kozy i owce. Te jakoś nie cieszyły się popularnością wśród Rosjan. Potem pojawiły się pierwsze krowy z zewnętrznych dostaw. Dostawali je nauczyciele i drobni rolnicy, którzy nie mieli gdzie nawet trzymać tych zwierząt. Dlatego też dawali je Górnowiczom na przechowanie. Wkrótce rodziły się cielaki, które zostawały już w ich gospodarstwie.

Reklama

Zabrać ziemię kułakom

- Przyszła jednak parcelacja. Okazało się, że jesteśmy kułakami. Komuniści zabrali nam ziemię. Ojcu zostawili dziesięć i pół hektara. Mi przypadło niecałe pięć – opowiada Jan Górnowicz.

Nastały biedne czasy obowiązkowych dostaw. Rodzina jednak znalazła sposób na ich ominięcie. Zaczęła uprawić wyczyńca łąkowego. Pani Małgorzata do dzisiaj ma na ręku ślad sierpa po cięciu tej trawy.

W końcu pan Jan zgromadził dostateczną porcję pieniędzy. Kupił za nie działkę w Chojnicach, na której wkrótce postawił dom.

Reklama

Pożar gospodarstwa pod Rybiną

Jan Górnowicz pamięta pierwszą swoją akcję w straży pożarnej.

- Paliło się całe drewniane gospodarstwo pod Rybiną – wspomina strażak.

Zanim pomoc dojechała na miejsce, wszystko stało w ogniu. W spichrzu pod podłogą były prawdopodobnie beczki z naftą i ropą. Pan Jan tego nie wiedział. Skierował prądownicę w stronę największego żaru. Strumień wody zrobił miejsce dla tlenu, rozbryzgał paliwo i wkrótce buchnął stamtąd jeszcze większy płomień. Strażakowi ledwo co udało się schować za ścianą.

- Kiedyś to było normalne, że mężczyźni wchodzili do stodół z zapalonymi papierosami. Dziwiłem się temu, bo to stwarzało duże zagrożenie pożarowe – uważa Jan Górnowicz.

Reklama

Strażacka orkiestra dęta

Wkrótce pasją strażaków ze Stegny stała się orkiestra.

- Był tylko jeden problem. Dużo młodych, a żaden nie potrafił na niczym zagrać – śmieje się pan Jan.

Gmina dała sprzęt. Pierwszy kapelmistrz nauczył grać tylko jednego marsza. W powiecie w Nowym Dworze mieszkał kapelmistrz, który postanowił zrobić z chłopaków ze Stegny profesjonalną orkiestrę. Rozdał nuty i kazał ćwiczyć w remizie. Drużyna rozdzieliła między siebie wszystkie niezbędne instrumenty. Była altówka, bas, tenor i bęben. Pan Jan najpierw grał na tenorze. Kiedyś pojechał do Gdańska. Tam na wystawie sklepu muzycznego zobaczył dwie trąbki. Od razu je kupił. Jedną z nich używał do końca swojego pobytu w Stegnie do 1967 roku. W Chojnicach nikt nie potrzebował już jego instrumentu. Trąbka wylądowała w szafie.

Reklama

Andrzej Górnowicz gra na harmonijce

Okazało się, że pasje pana Jana odziedziczyli jego potomkowie.

Najpierw syn – Andrzej. Obecnie znany z aktywności biegowej w chojnickim Florianie.

- Skończyłem rachunkowość rolną, ale narzeczona odradzała mi pracę w PGR – mówi Andrzej Górnowicz.

Trafił więc do Zakładowej Zawodowej Straży Pożarnej PKP. Formacja dopiero co się tworzyła na bazie kolejowej OSP. Pan Andrzej najpierw był przodownikiem roty, potem dowódcą sekcji, a od 1988 roku do rozwiązania straży w 2002 roku – komendantem.

Muzyka? Próbował grać na gitarze elektrycznej. Najczęściej jednak próbuje swoich sił na harmonijce ustnej. Zwłaszcza w podróży, by nie zasnąć. Dmuchanie w dziurki pomaga przezwyciężyć senność.

Reklama

Karol poszedł w ślady dziadka

Karol Górnowicz, syn Andrzeja, przez prawie pięć lat chodził do ogniska muzycznego (nauczyciel Kazimierz Pułakowski). Potem uczył go Hieronim Wenderski. Zajęcia z nim odbywały się w zespole Septima przy Domu Kultury Kolejarz. W ósmej klasie chłopak poszedł do szkoły muzycznej. W klasie młodzieżowej grał głównie na trąbce, nieco mniej na fortepianie. Po maturze odbył służbę w straży granicznej. W niej to był członkiem orkiestry reprezentacyjnej. Po służbie wojskowej pograł trochę na ślubach i pogrzebach. Trafił też do orkiestry dętej w Brusach, a w latach 90-tych grał w zespole, który dał podwaliny pod chojnicki big-band.

- Mogłem pracować w policji, ale ostatecznie pięć lat jeździłem jako kierowca-ratownik w chojnickim pogotowiu – mówi Karol Górnowicz.

Reklama

Wkrótce jednak odezwały się geny. W 2006 roku dostał się do służby w Państwowej Straży Pożarnej, gdzie działa do dzisiaj w stopniu młodszego aspiranta. Gdy ma czas, pogrywa na gitarze, trąbce lub którymś z dwóch akordeonów. Jest też prezesem reaktywowanej w 2014 roku chojnickiej Ochotniczej Straży Pożarnej..

Dzieci Karola – Matylda i Emil

Syn wprawdzie nie odziedziczył zapału do muzyki, zaczyna jednak działać w OSP Chojnice. Emil ma już osiemnaście lat, wkrótce może więc robić kurs strażaka. W OSP działa też piętnastoletnia córka Matylda. Dziewczyna stoi na czele Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej. No i uwielbia muzykę.

- Córka świetnie radzi sobie z gitarą, ukulele i ze śpiewem – mówi dumny tata Karol.

W Państwowej Straży Pożarnej służbę od czterech lat pełni też brat Karola - Aron. Jest ratownikiem. Także działa w chojnickiej OSP. Także ma talent muzyczny. Gra na gitarze elektrycznej i śpiewa w zespole Layo. Na ukulele zaczyna też powolutku brzdąkać jego dwuletni synek Bernard.

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo czaschojnic.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości