Mateusz Dajnowski, lekkoatleta z sekcji biegowej Chojniczanki, niedawno wrócił z Mistrzostw Świata w biegu na 100 km w Indiach. Zajął 64. miejsce w klasyfikacji generalnej, kończąc morderczy dystans i zbierając cenne doświadczenia. W rozmowie opowiada o swoich przeżyciach, Indiach, planach na przyszłość i swojej wyjątkowej filozofii życia.
Mateusz Dajnowski przyznaje, że Indie zrobiły na nim ogromne wrażenie.
- Indie mnie zauroczyły – przede wszystkim kuchnia. Wszystko jest tam na ostro, nawet margarita. Bardzo mi to odpowiada, pewnie będę korzystał z tych smaków częściej – mówi Mateusz.
Podczas pobytu zwrócił uwagę na różnorodność kraju – od miejsc pełnych chaosu, gdzie trudno było znaleźć śmietnik, po przepiękne i czyste rejony.
- To kraj pełen dzikości i kontrastów. Ludzie wydawali się mniej narzekać niż u nas, może dlatego, że mają mniej. Przypominało mi to dzieciństwo, kiedy doceniało się wszystko bardziej – wspomina.
Reklama
Nie zabrakło też humorystycznych obserwacji.
- Krowy są tam rzeczywiście święte. Mogą przechodzić przez ulicę jak księżniczki, a samochody muszą ustąpić pierwszeństwa. Spotkałem też inne zwierzęta, nawet słonia czy ogromnego zwierzęcia przypominającego jaka - mówi nasz biegacz.
Mistrzostwa Świata były dla Dajnowskiego nie tylko sportowym wyzwaniem, ale i okazją do przetestowania swojej filozofii życiowej.
- Jestem człowiekiem, który bierze wszystko albo nic. Ruszyłem z najlepszymi zawodnikami na świecie, wiedząc, że to ryzyko może mnie sporo kosztować - przyznaje Mateusz.
Po dobrym początku, ekstremalne warunki dały o sobie znać przed 50. kilometrem.
- Planowałem wyższą lokatę, bo zawsze marzę na maksa. Ostatecznie walczyłem o dobiegnięcie do mety, by polska reprezentacja mogła się liczyć w klasyfikacji. Wynik mógł być lepszy, ale to konsekwencje szalonego biegania. Aby zostać mistrzem świata, trzeba być trochę szalonym – podsumowuje.
Mateusz już planuje kolejne wyzwania. W kwietniu weźmie udział w biegu na 100 km, a pod koniec maja zadebiutuje w biegu 24-godzinnym, gdzie dystanse sięgają nawet 280 km. Jak zdradza, w ramach zawodów będzie próbował zdobyć minimum kwalifikacyjne na Mistrzostwa Świata w biegu 24-godzinnym we Francji.
- Jeśli po 24 godzinach będę czuł się dobrze, planuję kontynuować bieg na 48 godzin w ramach Mistrzostw Świata w tej kategorii. Szalone pomysły, ale taki już jestem. Tylko szaleni ludzie mogą osiągać wielkie rzeczy – mówi z uśmiechem.
Z Indii Mateusz przywiózł wiele pamiątek, m.in. regionalne stroje, zapachowe mydełka i smakołyki.
- Byłem nawet w tradycyjnych strojach, choć w Polsce pewnie bym w nich nie wyszedł. Ale na karnawał się przydadzą – żartuje.
Podkreśla jednak, że Indie to kraj, gdzie należy uważać na higienę.
- Ryzyko chorób układu pokarmowego jest duże, ale mi na szczęście nic nie było. Nawet gdy wywróciłem się na 33. kilometrze, wszystko zostało porządnie zdezynfekowane. Trzeba uważać, bo jest tam sporo ‚syfu’, ale przy odrobinie rozwagi można uniknąć problemów - mówi Mateusz.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze