Magdalena Dolna i Marcin Odalanowski na tydzień przed Wielkanocą wybrali się na wycieczkę do Lwowa.
Jechać do Lwowa, na Ukrainę, gdy tam wojna i spadają rosyjskie rakiety?
- Nikomu o tym wyjeździe nie mówiłam, ani w pracy, ani rodzinie. Nie chciałam, żeby się martwili. Mama dowiedziała się o tym, że byłam we Lwowie, dopiero po powrocie. Wcześniej myślała, że pojechałam do Poznania na targi motoryzacyjne – mówi Magda Dolna.
Magda i Marcin stwierdzili, że teraz to może być ostatnia okazja, by zobaczyć Lwów w stanie nienaruszonym. Wsiedli więc w piętnastoletnie bmw i ruszyli w stronę Przemyśla. Ich wycieczka miała się odbyć już kilka lat temu. Plany pokrzyżowała jednak pandemia. Dlaczego więc teraz znowu wojna miał im wejść w szyki?
Para ruszyła więc w trasę tak szybko, że zapomnieli sprawdzić, czy mają dowód rejestracyjny od swojego auta.
Nie mieli.
Przekonali się o tym na granicy. Polscy pogranicznicy sprawdzili dowód w telefonie, ale zapowiedzieli, że u Ukraińców to nie przejdzie. Trzeba mieć dowód papierowy, a nie wirtualny. I wtedy po raz pierwszy Magda i Marcin przekonali się, jak życzliwi zrobili się Ukraińcy. Po tylko krótkich rozmowach wpuścili Polaków na teren swojego kraju.
- Lwów jest pusty. Nie widać turystów. Po starym mieście kręci się trochę młodzieży. Ale knajpki i hotele są opustoszałe. A oni potrzebują turystów, chcą jakoś normalnie funkcjonować i zarabiać – ocenia Magda Dolna.
Reklama
Wielokrotnie zdarzało się, że napotkani Ukraińcy dziękowali parze Polaków za pomoc, jaką daje nasze społeczeństwo. Chętnie rozmawiali z nimi po polsku. W sklepach z pamiątkami można było kupić polskie symbole narodowe.
- Ceny zbliżone są już do naszych, nie jest już tak tanio jak ponoć to było wcześniej – mówi Magda Dolna.
Chojniczankę zaskoczyło, że centrum miasta sprawia wrażenie zaniedbanego.
- Kamienice się rozsypują. Potrzebują pilnego remontu, ale dookoła przecież wojna. Okna ludzie mają pozaklejane taśmami klejącymi, żeby w razie wybuchu ograniczyć rozprysk pękającego szkła – mówi Magda.
Reklama
Wojnę widać na każdym kroku. Chojniczanie wprawdzie nie przeżyli ataku rakietowego i nie musieli uciekać do schronu. Ale na każdym kroku widzieli okna do piwnic obłożone workami z piaskiem. Podobną ochronę miały zabytki i pomniki. Po mieście kręciło się dużo żołnierzy.
Co kupili sobie na pamiątkę?
- Dwa magnesiki i ręcznie robioną figurkę sowy. Kupiłam ją, bo wykonał ją człowiek pochodzący ze wschodu Ukrainy, ze wsi, która już nie istnieje, bo Rosjanie rozwalili ją rakietami – opowiada Magda Dolna.
Reklama
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze