Pojechała do Londynu, aby zwiedzić miasto i doskonalić swój angielski. Po tygodniu pobytu w tym mieście znalazła się w centrum młodzieżowego buntu.
Pojechała do Londynu, aby zwiedzić miasto i doskonalić swój angielski. Po tygodniu pobytu w tym mieście znalazła się w centrum młodzieżowego buntu.
Małgorzata Skwarek, mieszkanka Kamionki koło Czerska, pojechała wraz z 11-letnim synem, 15-letnią siostrzenicą i siostrą do Anglii, aby uczyć się języka angielskiego w Regent’s College. Podczas dnia rodzina uczestniczyła w zajęciach, odbywających się na uczelni, a wieczorem zwiedzała. – Londyn jest przepiękny, a ludzie są bardzo sympatyczni. Nic nie zwiastowało, że może wyniknąć jakaś nieprzewidziana sytuacja – wspomina Małgorzata Skwarek.
Początek piekła
Bójki i dewastacje rozpoczęły się w prestiżowej dzielnicy Tottenham. – Rodowici Anglicy narzekają na wysokie świadczenia socjalne. Poprzez bunt młodzi ludzie chcieli zwrócić uwagę na siebie i na swój problem. Pragnęli zaznaczyć swoją obecność. Mieszkańcom Anglii nie podoba się masowy napływ obcych ludzi do ich kraju, którzy mają niemal większe prawa niż rodowici Anglicy. Sam urząd jest bardziej otwarty dla obcych niż Anglików – mówi Małgorzata Skwarek.
Strach przed tym, co będzie dalej
Mieszkanka Kamionki wspomina, że najgorsza jest niewiedza. Była daleko od domu, w obcym kraju, a na dodatek miała pod opieką dwoje dzieci. – W tej sytuacji moim priorytetem było zapewnienie bezpieczeństwa synowi i siostrzenicy – wspomina kobieta. Informacje na temat tego, co dzieje się w Londynie uzyskiwała od rodziny z Polski, z lokalnych gazet i od Eliany Anzelmo, u której mieszkała. Ta ostatnia nie chciała za dużo mówić o tym, co dzieje się w mieście. Tłumaczyła przybyłym, że to nic takiego i w Polsce przecież też dochodzi do bójek po wypiciu alkoholu.
Niebezpieczny czas
Małgorzata Skwarek i jej bliscy bali się jeździć metrem. Chodziły plotki, że tam są podłożone bomby. W związku z takimi przesłankami turyści przesiedli się do autobusu, co jednak, jak się potem okazało, również nie było bezpieczne. – W niedzielny wieczór, jak wracaliśmy autobusem miejskim ze zwiedzania muzeum figur woskowych, widziałam zdewastowany, stojący na środku ulicy autobus. Miał on powybijane wszystkie szyby i był cały w płomieniach – relacjonuje Małgorzata Skwarek. To nie są jej jedyne negatywne wspomnienia z podróży. Tego samego wieczoru, podczas powrotu ze zwiedzania, autobus nie zatrzymał się na przystanku ze względów bezpieczeństwa. Młodzi ludzie dewastowali wiaty przystankowe i witryny sklepowe. Wynosili ze sklepów różnorodne przedmioty. Zarówno mieszkańcy, jak i turyści starali się jak najmniej czasu spędzać na zewnątrz budynków. Najbezpieczniej było pozostać w domu, ponieważ na zewnątrz panował chaos. Było słychać głośne okrzyki młodzieży i odgłosy tłukącego się szkła. W czterech ścianach Małgorzata Skwarek musiała siedzieć przez trzy dni.
Mnóstwo policji
– Nie było wiadomo, jak szybko bunt będzie się rozprzestrzeniał, więc już w poniedziałek wracaliśmy do domu. Była to najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić w tej sytuacji, aby zapewnić bliskim i sobie bezpieczeństwo – mówi Małgorzata Skwarek. Zaznacza, że w normalnej sytuacji na ulicach Londynu nie widać policji, ale wtedy była tam na każdym kroku widoczna. Natomiast na lotnisku wzmożonych kontroli nie było.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!