– Szukaliśmy je. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy odnaleźć je martwe. Jednak nie traciliśmy nadziei – mówi Sławomir Rekowski – jeden z członków spontanicznie zorganizowanej grupy ratunkowej z Lotynia. To oni jako pierwsi dotarli do ponad setki dzieci, które przebywały na obozie harcerskim w Suszku. Robili co mogli by pomóc młodym harcerzom. Niestety spod drzew wyciągnęli dwie martwe dziewczynki.
Mieszkańcy Lotynia do końca życia zapamiętają noc z piątku na sobotę. – Wszystkie drzwi i okna się trzęsły. To było coś strasznego. Baliśmy się o swoje życie – mówi Bernadetta Rekowska. To jej synowie Sławomir i Łukasz byli tymi, którzy jako pierwsi ruszyli na ratunek harcerzom. – Spodziewaliśmy się najgorszego. Drzewa były rozsypane jak zapałki. Kiedyś las było widać z wioski. Jak wyszliśmy, to nie było go wcale – mówi Sławomir. – Jak przestało wiać i grzmieć zebraliśmy się w 12 osób. Była to spontaniczna akcja. Mieliśmy w rękach tylko latarki. Było ciemno. Przed nami były drzewa. Leżały dosłownie wszędzie. Musieliśmy przejść ok. 1,5 kilometra w linii prostej. Znamy te tereny od dziecka – dodaje Marcin Przybył – jeden z członków bohaterskiej załogi ratowników.
We wsi było oczywiste, że to właśnie mali harcerze z województwa łódzkiego potrzebują najbardziej ich pomocy. Zwykle ten nieco ponad kilometrowy fragment drogi gruntowej przechodzili w kilkanaście minut. Teraz nie było mowy o żadnej drodze. – Wszystko złożyło się w kilka chwil. Drzewa były wręcz wbite w ziemie. Nawet nie analizowałem tego co może się nam stać. Myślami byłem z dziećmi. Krzyk zrozpaczonych harcerzy z minuty na minutę było słychać coraz bardziej – opowiada Rekowski.
Jak tylko doszli dzieciaki były już na nogach. Chowali się gdzie popadnie. Część ukryła się pod drzewami, które już leżały, w mniejszym lesie, a nawet w jeziorze. – Stały tam na boso lub po prostu bez ubrań. Te zostały w namiotach, które były przygniecione. Pomogliśmy rozpalić ognisko, aby mogły się chociaż ogrzać. Czekaliśmy razem z nimi na strażaków i pomoc medyczną – dodaje.
W Suszku znajdowało się 139 młodych harcerzy oraz 16 osób odpowiedzialnych za obóz. Zanim jeszcze przybyli na miejsce mieszkańcy Lotynia opiekunowie zarządzili zbiórkę. Liczyli i sprawdzali czy są wszyscy. Niestety nie zgłosiły się dwie dziewczynki – 13 i 14-latka. – Szukaliśmy je. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy odnaleźć je martwe. Jednak nie traciliśmy nadziei. Niestety okazało się, że nie przeżyły nawałnicy. Reanimacja nic nie dała. Mogliśmy tylko spuścić głowy i pomodlić się za nie – dodaje łamiącym głosem Rekowski. Pozostałe dzieci zostały na miejscu. Czekały na przyjazd służb. Natomiast kolejni mieszkańcy Lotynia oraz strażacy udrażniali przejazd do wsi. Tam zorganizowano przejściowy obóz w świetlicy.
W trakcie bohaterskiej akcji mieszkańców Lotynia z drugiej strony lasu od „berlinki” szli strażacy z OSP w Rytlu – Marcin Chabowski i Mateusz Sledz. – Zabraliśmy tylko torby medyczne na plecy. Wiedzieliśmy, że liczy się czas. Ruszyliśmy gdzieś przed północą, a dotarliśmy o 5.36 rano – opowiada Chabowski. Dzielni strażacy nie myśleli w ogóle o tym, że coś może się im stać. Przedzierali się między leżącymi na ziemi sosnami oraz omijali te, które mogą zaraz na nich spaść. Znaleźli nawet łódkę dzięki której przepłynęli przez jezioro Śpierewnik by szybciej dotrzeć na miejsce tragedii. – W takim momencie nic dla nas się nie liczy. Idziemy na pomoc. Wiedzieliśmy, że dzieci na nią czekają. Jak już dotarliśmy zajęliśmy się harcerzami. Trzeba było je uspokoić. Wielki szacunek dla mieszkańców Lotynia. Oni byli tam pierwsi. Wykazali się ogromną odwagą – kończy Marcin Chabowski.
Michał Sagrol
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze