Sto lat temu „Dziennik Pomorski” opisywał życie codzienne w Chojnicach: od włamań i kradzieży, przez bijatyki i „plagę psów” w mieście, po niezwykłe opowieści o cygańskich karawanach i chłopcu, który tłumaczył ucieczkę z domu… porwaniem. Te barwne doniesienia pokazują, czym żyło miasto w 1925 roku i jak wyglądała ówczesna codzienność.
Cyganki pojawiły się tu w piątek przed południem w liczbie dwóch. Szukały za zarobkiem cygańskim. Nie miały jednak dużego powodzenia, bo każdy patrzał na nie krzywem okiem W dodatku wzięła ich policja do nogi. Nie musiały tam mieć coś w papierach w porządku.

Przytrzymano pewnego osobnika który wałęsał się po Polsce bez odpowiednich papierów. Pochodzi on jak podaje z Kosobud gdzie zamieszkuje jego rodzina. Krótko przed objęciem Pomorza przez Polskę wyjechał do Niemiec rzekomo za pracą. Przyczyna jednak leżała niewątpliwie w tem aby uchylić się przed służbą wojskową w Polsce. Kiedy w Polsce niebezpieczeństwo wojny minęło wrócił jegomość w roku 1923 tu dotąd na drodze nielegalnej i zakwaterował się tu jak na swoim w tem jednak przekonaniu iż jest obywatelem Niemiec i polski chleb będzie tu wyjadał, bo zasmakował on mu lepiej jak ten niemiecki. Nie myślał on też za swą ojczyzną niemiemiecką do której schronił się swego czasu aby nie służyć Polsce. Obecnie kiedy go się wzywa do obowiązkowej służby wojskowej wykręca się znów obywatelstwem niemieckim. Niezawodnie odeśle się go tam dokąd należy. Hańba jednak takiemu wyrzutkowi społeczeństwa, który będąc pochodzenia czysto polskiego i urodzony wzgl. przynależny do ziemi polskiej zdradza w tak nikczemny sposób swą ojczyznę.


Dotkliwą stratę poniósł pewien wojażer pozamiejscowy tu w Chojnicach. Zasiadł on w jednej z tutejszych restauracji a kiedy się obejrzał spostrzegł iż jego palto, kapelusz i teczka w której znajdowały się dość cenne dla niego przedmioty zmieniły właściciela, który uszedł z nimi niepoznany. Kupiec ten znalazł się w dość nieprzyjemnej sytuacji, gdyż musiał sobie pożyczyć kapelusz i w żakieciku o chłodzie tustąd umykać. Najgorszym dla niego było, iż nie mógł zaspokoić potrzeb swej klijenteli. Może uczciwy złodziej pofatyguje się oddać poszkodowanemu choć tekę z aktami, gdyż w gruncie rzeczy nie mają te dla niego żadnej wartości.

Do naszej notatki. Dotkliwa strata w nr. 212, dowiadujemy się, iż płaszcz i kapelusz poszkodowanego znaleziono w pewnym ogrodzie. Rzeczy te były mocno zbrudzone i przenoszone. Teczki natomiast nie odnaleziono. Istotnie ciekawa rzecz, w jaki sposób dostały się one tamże. Nie wygląda to, ażeby złodziej jaki maczał w tem swą rękę, bo chyba byłby takowe sobie przywłaszczył Możliwe dostały się te rzeczy tam dotąd przy innej okoliczności, a może był to skutek zbyt zapruszonej głowy.

Bijatyka. W sobotę pod wieczór powstała w ulicy Strzeleckiej bojka miedzy dwoma osobnikami. Byli to w dodatku najlepsi przyjaciele. Posprzeczali się o jakiś interes nieudany. Jeden z nich był znany w Czersku i tu eksporter gdańskich wyrobów tabacznych B. Drugi niejakiś Z. pochodzi z Chojnic. Starym zwyczajem należały do tego wypadku zalane czupryny. Trzeba było ich umieścić w przytułku policyjnym.

Znów cała chmura cyganów zawitała w sobotę do naszych Chojnie. Nie mają oni jednak dobrego oka u naszej policji, bo ta ostatnia zabrała się do nich z całą siłą pary, zaglądając im blisko w papiery. Przeważna ich część należała do płci pięknej.

Nieudane włamanie się do sklepu firmy Rink i Guttmann spostrzegł współwłaściciel tejże firmy p. Rink, gdy w niedzielę rano wchodził jak zwykle w sprawie osobistej do interesu. Otóż zauważył iż przyrząd patentowy w zamku był zdefektowany co świadczyło o zamachu sprawcy, który widocznie spłoszony nie mógł wykonać swego rzeczywistego zamiaru.

Przygodny chłopak. Syn pewnego tutejszego obywatela zatęsknił za przygodami. Więc opuścił dom rodzicielski, wałęsając się kilka dni w okolicy. Kiedy jednak żołądek wymagał swego powziął za lepsze wrócić do domu. Trzeba było jednak znaleźć odpowiednią wymówkę przed ojcem aby ulżyć sobie w przewidzianym zbyt serdecznem przywitaniu przez ojca. Wpadł więc na pomyślny figiel, tłumacząc się, ze został przez cyganów porwany, którzy wieźli go ze sobą do Swornegać. Z tamtąd udało mu się jednak zbiec w chwili gdy jeden z cyganów wysłał go do karczmy po papierosy. Zbyt ciekawa historja. Ile w niej może być prawdy?


Pod właściwym adresem. Skarżą się nam od dłuższego już czasu na plagę psów w mieście, Psy wałęsają się po mieście całemi nieraz stadami i urządzają widowiska, które na dzieci i dorastającą młodzież bynajmniej umoralniająco wpływać nie może. Wstrętny nieraz obrazek przedstawiają psy na naszych targach tygodniowych, zanieczyszczając stragany i wyrządzając inne figle. Cośby tu wypadało zrobić.
Donoszą nam, że dzieci urządzają sobie ślizgawki w obuwiu po płycie Nieznanego Żołnierza. Możeby wypadało dzieciom na właściwych miejscach zwrócić uwagę na znaczenie płyty, ażeby podobnie przykrych wydarzeń nie było. Naszem zdaniem należałoby płytę ogrodzić, a do tej pory otoczyć ją strażą, bo według przysłowia: „Strzeżonego Pan Bóg strzeże". Łatwo z resztą o poważne uszkodzenie płyty.
Kilkakrotnie zwracano nam uwagę na brak napisów na ławkach na chórze. Odnośni parafjanie chętnie chcą ponosić koszta napisów, byle unikać mitręgi i nieprzyjemności. Nie mają bowiem żadnego środka na osoby, które miejsca tam zajmują. A skoro zaś za miejsce płacą, to słusznie przynależy im ochrona.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze