To tytuł pracy, która zwyciężyła w konkursie literackim, który "Czas Chojnic" współorganizował z Zespołem Szkół nr 7 i ChTPN. Warto poczytać, bo opowiadanie jest świetne!
To tytuł pracy, która zwyciężyła w konkursie literackim, który "Czas Chojnic" współorganizował z Zespołem Szkół nr 7 i ChTPN. Warto poczytać, bo opowiadanie jest świetne!
Pani z opieki społecznej miała na sobie tę samą spódnicę, co zeszłym razem. Przyjście kogoś z opieki zawsze było w ich domu świętem. Z widoku znikały wszystkie butelki, sterty ubrań zazwyczaj walające się bezładnie po pokoju. Były po prostu upychane w szafach albo w sypialni ojca. Ludzie odwiedzający ich dom - co nie zdarzało się często, bowiem nie mieli żadnej bliskiej ani dalszej rodziny - zwykle kończyli swoje oględziny w kuchni. Nic dziwnego, bo z towarzyską wizytą wpadali jedynie dziwni kumple ojca, z którymi zresztą Meli nie wolno było rozmawiać.
I dobrze. W całym domu nie było nic więcej do oglądania.
Na czas wizytacji pani z opieki społecznej ojciec wyciągał stary, wysłużony komplet do gry w warcaby, jedynej gry, której zasady Mela znała. Ojciec czasami dawał jej wygrać, co pani z opieki kwitowała krótkim i ledwo zauważalnym uśmiechem, ale zwykle Mela z kretesem przegrywała. Nie przeszkadzało jej to. Podczas tych krótkich, trwających około godziny odwiedzin była bliżej pokochania swojego ojca niż kiedykolwiek.
Tak, w szkole idzie dobrze. Nie, nie, wszyscy w klasie są dla niej mili; ostatnio nawet Justyna pożyczyła jej nową książkę o nastoletniej księżniczce. Nie, nie ma planów na weekend. Może spotka się z dziewczynami. Oczywiście zarówno pani z opieki, jak i Mela doskonale wiedziały, że nie ma żadnych dziewczyn, z którymi mogłaby się spotkać. A mimo to zawsze w tym momencie rozmowy wymieniały ze sobą porozumiewawcze uśmiechy, jakby tylko kobiety były w stanie zrozumieć urok takich babskich spotkań. Zwykle potem przychodziła pora na ojca. Nie, z Melą nie ma żadnych problemów, to dobre dziecko. Tak, od czasu do czasu wpada jakaś robota… Ale wie pani, nie jest łatwo. Nie, nie tknąłem alkoholu od dwóch i pół miesiąca. Tak, daję… To znaczy dajemy sobie radę. Może w najbliższym czasie, jak wpadnie jakaś robota, wie pani… Łazienka do remontu, to może coś ten…
Pani z opieki uważnie słuchała ich odpowiedzi, zapisywała je w swoim fioletowym notatniku, który miał chyba dwieście kartek, po czym przez ponad godzinę patrzyła, jak ojciec i Mela grają w warcaby. Któregoś razu pani z opieki społecznej przyniosła Monopoly, ale skończyło się to tym, że biednej kobiecinie zaczęła pulsować żyła na skroni przy kolejnej próbie wytłumaczenia reguł tej gry Meli i ojcu. Tak więc wrócili do warcabów.
Czasem pani z opieki zachodziła do łazienki znajdującej się po lewej stronie korytarza, praktycznie naprzeciwko kuchni. Rzecz jasna w korytarzu nie było żadnych zdjęć małej Meli ani jej matki; po pierwsze, nie mieli aparatu, a po drugie, ojciec nie chciał przywoływać bolesnych wspomnień po ukochanej żonie. Wystarczająco już cierpi, gdy patrzy na swoją latorośl, która jest tak podobna do matki… A w każdym razie tak powiedział pani z opieki. W łazience jedyną godną uwagi rzeczą, której kobieta nigdy nie poświęciła ani jednego spojrzenia, był zamek znajdujący się pod posrebrzaną klamką. Klucz do niego zaginął jakiś czas temu, jak to mają w zwyczaju klucze do łazienki. Kilka miesięcy po wprowadzeniu się domownicy po prostu przestali zamykać za sobą drzwi.
Jeśli przyjrzeć się dziurce od klucza, można zauważyć, że była nieco wyszczerbiona, a w paru miejscach dziwnie pozaginana. Kiedyś ojciec chciał sprawdzić, czy faktycznie da się jednym celnym strzałem do zamka otworzyć drzwi. Z braku pistoletu użył zwykłego sztucera, do tego naładowanego amunicją myśliwską. Pociski myśliwskie po trafieniu w cel rozpadają się na kilkaset małych kawałków, co w zamyśle ma powodować bardziej humanitarną - bo szybszą - śmierć upolowanej zwierzyny, jednak w przypadku dziurki od klucza nie sprawdziło się zupełnie. Nie dość, że po wystrzale rozległ się taki huk, że przez resztę dnia Mela chodziła mocno otumaniona, to jeszcze ojciec musiał się upić, bo okazało się, że wszystkie telewizyjne filmy o kowbojach, które widział, były co najmniej przesadzone.
Ojciec nie bił jej często. Ot, czasem, kiedy upił się szczególnie mocno, ale Mela nauczyła się nie zwracać na to uwagi. Kiedy pani z opieki społecznej spytała, czy ojciec ją tłucze, zgodnie z prawdą odpowiedziała „nie”, bo te sporadyczne przypadki były, jej zdaniem, nie warte wspominania. Rzecz jasna, kiedy już ją uderzył, to przepraszał. Zawsze przepraszał. A w każdym razie wtedy, gdy zdążył wytrzeźwieć do powrotu córki ze szkoły. Mela miała głęboko gdzieś to jego kajanie się, ale lubiła siadywać koło ojca na kanapie, z której boków wyłaziła żółta gąbka i słuchać jego planów na przyszłość.
Lubiła wyobrażać sobie wyremontowaną łazienkę, wakacje na Mazurach, które obiecywał jej każdego roku. Ojciec wspominał też dużo razy o biblioteczce, jaką dla niej założy, jednak akurat to mało ją obchodziło. Książki nie interesowały Meli zupełnie, lecz wiedziała, że dużo znaczą dla ojca. Podejrzewała, że przed śmiercią matki w domu było mnóstwo książek. Teraz, oprócz jej podręczników szkolnych, nie było ani jednej. Kilka tygodni temu ojciec przepił zalany przed laty kawą egzemplarz Pisma Świętego, który Mela dostała na pamiątkę Pierwszej Komunii. Nigdy go nawet nie otworzyła. Ojcu Biblia służyła raczej jako marny substytut telewizora w momentach, kiedy był trzeźwy, jednak nigdy nie przyszło mu do głowy, by porozmawiać na temat wiary z córką. Zresztą, z córką nie rozmawiał prawie o niczym. Mela była samowystarczalna.
W zawiły świat relacji damsko-męskich wprowadziły ją koleżanki, jeszcze przed otrzymaniem świadectwa ukończenia drugiej klasy podstawówki. Początkowo była przerażona, jednak z biegiem lat stopniowo oswajała się z myślą, jak to się odbywa między ludźmi i wszystkimi innymi stworzeniami tego świata. Pierwszą miesiączkę dostała długo po lekcji biologii, na której akurat omawiali ten temat, więc mogła się do tego psychicznie przygotować. Ludzie w klasie nie traktowali jej najgorzej - w każdym razie nikt się z niej otwarcie nie śmiał - ale jak przychodziło co do czego, nie znalazł się nikt, kto mógłby usiąść koło niej w autokarze na wycieczce szkolnej. Kiedyś pani z opieki społecznej zadała jej zupełnie inne pytanie. Jak Mela traktuje swoje koleżanki i kolegów z klasy? Jaki ma stosunek do innych ludzi? Co właściwie czuje do swojego ojca? - Nikomu nie życzę źle – odpowiedziała. - Nie umiem. Nie wiem, jak to się robi.
Nie kłamała. Była po prostu święcie przekonana, że wszystkie rodziny na świecie funkcjonują tak samo.
Kamila Puchalska
kl. III a, Gimnazjum nr 3 im. ks. J. Twardowskiego
opiekun – Wiesława Tyborska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!