Stefan Błaszk był pierwszym wójtem gminy Konarzyny. Samorządem rządził jedną kadencję. – Było trudno, ponieważ niczego nie było. To malutka gmina, niewielki budżet. Nawet jeżeli zaplanowaliśmy coś, to zdobycie materiałów czy wykonawców do zrobienia sieci kanalizacyjnej czy wodociągowej było trudne. Poza tym, w okolicy byłem jedynym wójtem z tzw. nowego rozdania – mówi. Jego pasją jest kajakarstwo i trekking. Zdobył m.in. Kilimandżaro, a epidemia koronawirusa uniemożliwiła mu wyjazd w Himalaje.
Stefan Błaszk był pierwszym wójtem gminy Konarzyny. Samorządem rządził jedną kadencję. – Było trudno, ponieważ niczego nie było. To malutka gmina, niewielki budżet. Nawet jeżeli zaplanowaliśmy coś, to zdobycie materiałów czy wykonawców do zrobienia sieci kanalizacyjnej czy wodociągowej było trudne. Poza tym, w okolicy byłem jedynym wójtem z tzw. nowego rozdania – mówi. Jego pasją jest kajakarstwo i trekking. Zdobył m.in. Kilimandżaro, a epidemia koronawirusa uniemożliwiła mu wyjazd w Himalaje.
Czas Chojnic: Dlaczego zdecydował się Pan na to, by wziąć udział w pierwszych wyborach do samorządu?
Stefan Błaszk: W 1980 roku podobnie jak 10 milionów Polaków byłem sympatykiem i członkiem Solidarności. Wiemy z historii, że dzięki temu ruchowi w wyborach w 1989 roku odzyskaliśmy jakąś suwerenność. Uważałem wtedy, że nie sztuką jest przewrócić komunę i coś zburzyć, tylko sztuką jest to miejsce po niej wypełnić nowymi treściami. W tych wyborach z 4 czerwca mocno się zaangażowaliśmy w agitację i w akcje plakatowe. Gdy doszło do wyborów samorządowych postanowiłem wziąć w nich udział. Niekoniecznie celowałem w stanowisko wójta, bo wtedy rada gminy go wybierała. Startowałem, by uzyskać mandat radnego gminnej rady. Tak się stało, że go nie uzyskałem. Ale rada gminy postanowiła mi powierzyć mandat wójta.
Czyli walczył Pan o bycie radnym, a przypadkiem został Pan wójtem?
Tak. To nie była duża przewaga głosów, ale liczy się wynik.
Miał Pan wtedy jakiegoś kontrkandydata?
Moją kontrkandydatką była pani Maria Kozłowska, która przez kolejne cztery kadencje była wójtem. Na stanowisko radnego w tych lokalnych wyborach z nią przegrałem, ale na stanowisko wójta rada mi powierzyła mandat.
To chyba niespotykane? Nie został pan radnym, ale wybrano pana wójtem…
To była trudna sytuacja. Układ PZPR-owski czy postkomunistyczny w naszych stronach bardzo dobrze się trzymał. Większość radnych, którzy startowali wtedy była członkami PZPR. Czy oni byli ideowymi członkami? W to wątpię, raczej z przyczyn praktycznych. Żeby dostać talon – tzw. przydział na ciągnik, to trzeba było należeć do partii.
Jak wyglądała pierwsza kadencja wójta w gminie Konarzyny?
Było trudno, ponieważ niczego nie było. To malutka gmina, niewielki budżet. Nawet jeżeli zaplanowaliśmy coś, to zdobycie materiałów czy wykonawców do zrobienia sieci kanalizacyjnej czy wodociągowej było trudne. Poza tym, w okolicy byłem jedynym wójtem z tzw. nowego rozdania. W ościennych gminach to byli naczelnicy gmin. Tak było na przykład w gminach Lipnica, Rzeczenica czy Przechlewo.
Później brał Pan udział jeszcze w wyborach?
Ja byłem wójtem przez cztery lata i nie chciałem być dłużej. Wróciłem do zawodu, bo wiedziałem, że tu w lecznicy jest moje miejsce. A ta pierwsza kadencja była po to, by posprzątać. Później co prawda wystartowałem ponownie, ale tylko dlatego, że miałem dość rządów, które się tu działy.
Co Pan uważa za największe dokonanie ze swojej kadencji?
To właściwie nie mi to oceniać, a mieszkańcom. Pierwszy raz w historii spotkaliśmy się z bezrobociem, bo nagle okazało się, że w naszej gminie jest 150 osób bez pracy. Jak na taką małą gminę to jest masa ludzi. Jakoś żeśmy starali się zagospodarować tych mieszkańców do prac interwencyjnych. Robiliśmy wodociągi, kanalizację, telefonizację. Później zostało to docenione, bo w nagrodę dla najbardziej proekologicznej gminy dostaliśmy od prezydenta milion złotych nagrody.
Jak Pan ocenia rządy obecnego wójta?
Nie oceniam, żeby też nie być ocenianym. W każdym razie w porównaniu do tego, co było przez poprzednich 16 lat to jest niebo a ziemia. To widać, bo robione są inwestycje, można zadbać o fundusze gminy, o wygląd. Robiona jest fotowoltaika, ścieżki rowerowe, drogi asfaltowe. Gmina rozwija się harmonijnie.
W samorządach od tamtego czasu nastąpiły duże zmiany? Jest coś, co było kiedyś, a nie ma tego w dzisiejszych gminach?
Obserwujemy od samego początku, że samorządom nakłada się coraz więcej obowiązków i zadań, ale nie idą one w parze z pieniędzmi. Druga rzecz jest taka, że rząd zmusza samorządy do maksymalnego opodatkowania. Mówią, że skoro mamy możliwość brać duże podatki, to bierzcie. Pamiętam, że w czasie gdy ja byłem wójtem, to powstawały gminne i miejskie ośrodki pomocy społecznej. My bardzo długo się przed tym broniliśmy. Chcieliśmy dać ludziom pracę i możliwość zarobku, a nie utworzyć kolejki i słyszeć z każdej strony, że „mi się należy.” Byliśmy jedną z ostatnich gmin, gdzie GOPS powstał. Bezrobocie było, ale ono było dziwne. Ludzie, którzy nigdy nie pracowali, nie wykazywali nawet ochoty by podjąć pracę, zapisali się jako bezrobotni, bo coś można było za to zyskać. Z kolei jak chciałem zlecić im jakąś pracę, to nagle okazywało się, że są chorzy.
Jak to się stało, że znalazł się Pan w Konarzynach?
Pochodzę z Tczewa, ale to jak znalazłem się tutaj, to skomplikowana zawodowa historia (śmiech). Zacząłem pracować wtedy jeszcze na północy województwa słupskiego, ponieważ żona pochodzi z tamtych stron i znalazła tam pracę po studiach. Mankament był taki, że początkowo nie mieliśmy szans na mieszkanie. Tu w Konarzynkach pracował mój kolega, który się ożenił w Lęborku, więc on poszedł tam, a my przyszliśmy tutaj. To było w 1980 roku i tak jest do dzisiaj.
I jak się tu Panu mieszka?
Mieszka się bardzo dobrze. Mam swój dom, dogaduję się z mieszkańcami.
A łatwiej jest Panu dogadać się z ludźmi jako wójtowi czy jako lekarzowi?
Zdecydowanie teraz. Mamy zdrowe relacje, ja wykonuję usługę, ludzie mi za to płacą i to wszystko. Każda decyzja urzędowa, którą podejmowałem jako wójt, przysparzała mi jednego zwolennika, któremu to się podobało, ale też dwóch przeciwników, którym się to nie podobało. To był czas przemian i mentalność ludzka nie nadążała za tym wszystkim.
Prowadzi Pan swoją lecznicę weterynaryjną. Jak to się stało, że wybrał Pan taki zawód?
To też trochę przypadek, bo moją pasją jest chemia. Zdawałem na Politechnikę Gdańską na wydział chemii i nie dostałem się tam. Kolega, z którym zdawałem maturę, dostał się do Olsztyna na weterynarię. Zachęcił mnie i namówił. W następnym roku zdawałem na weterynarię i bez problemu się tam dostałem. Skończyłem te studia i wydaje mi się, że dobrze wykonuję ten zawód. W zawodzie jestem od 1978 roku, a od września już jestem emerytem (śmiech).
Wydaje się, że na emeryturze powinno się mieć dużo czasu…
Mam kolegów, którzy z dniem emerytury rzucili buty, strzykawkę oraz fartuch i powiedzieli: koniec. Myślałem, że to będzie takie łagodne przejście i pojadę zwiedzać świat. Tymczasem od momentu przejścia na emeryturę mam więcej zajęć niż dotychczas. Nie potrafię kłamać – wyłączyć telefonu i mówić, że mnie nie ma, skoro jestem. Ja dopiero wtedy oddycham i odpoczywam wtedy, kiedy stąd wyjadę.
A planuje Pan gdzieś wyjechać po zakończeniu epidemii?
W kwietniu mieliśmy jechać w Himalaje. Wszystko mieliśmy już załatwione, by odbyć trekking dookoła Annapurny. Z żoną Barbarą chodzimy po górach, ale nie wyczynowo. Historie z linami, hakami to nie – ale raki po lodowcu i śniegu. Było już Kilimandżaro, Elbrus, Kazbeg, Aconcagua. Wchodzimy do wysokości ok. 6 tys. m n.p.m.
To ciekawe hobby, ale chyba niebezpieczne? Poleca Pan?
Bardzo polecam. Tam się czuje wielkość natury. Nikt na to nie zwraca uwagi, ale tutaj na nizinach ja robię cztery kroki i na to wystarczy mi jeden oddech. Powyżej pięciu kilometrów wysokości na jeden krok potrzeba dwóch oddechów. Po dwudziestu krokach przerwa i trzydzieści oddechów. Drugą pasją jest kajakarstwo turystyczne. Mamy swoje kanadyjki i te szlaki w okolicy niejednokrotnie już przemierzyliśmy.
Materiał archiwalny. Artykuł ukazał się w „Czasie Chojnic” 4 czerwca 2020, nr 23/936
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!